Kamil Manowiecki na łodzi w tle morze. W prawej ręce trzyma rybę

Hawaje z każdej strony – podróż, której nie zapomnę

Kolejne dni to intensywne treningi team amerykanskim, przyznam się że ich poziom i ambicje przerosły moje oczekiwania

Treningi z amerykańskim teamem – pasja i determinacja. Mieliśmy pełne wsparcie trenera z iolimpijskim doświadczeniem. Trenowaliśmy dzień w dzień, bez względu na warunki. Jeśli był wiatr – wychodziliśmy na winga. Jeśli nie, surfowaliśmy na rafie. Zawsze było co robić, a każdy dzień był maksymalnie wykorzystany. Nie tylko pływaliśmy – mieliśmy także testy sprawnościowe i wydolnościowe na ergometrze Concept 2.

Wspólnie opracowaliśmy serię ćwiczeń, które im podpowiedziałem – skupialiśmy się na technice startów, balansu na foilu, optymalizacji trasy i taktyce. Robiliśmy próbne starty, analizowaliśmy błędy i wyciągaliśmy wnioski.

Ich izolacja od kontynentu sprawia, że mają mniej okazji do rywalizacji, dlatego moje doświadczenie jako wicemistrza świata było dla nich cenną perspektywą. Podczas tych dni pokazałem im, gdzie obecnie ustawiona jest poprzeczka w międzynarodowym WingFoil Racing. Widać było w nich ogromny głód rywalizacji – mam nadzieję, że wkrótce zobaczę ich na zawodach międzynarodowych, gdzie będą mieli okazję sprawdzić swoje umiejętności na najwyższym poziomie.

Surfing na North Shore

I właśnie ocean dał mi najmocniejsze emocje. Surfing na North Shore, tuż przy Pipeline był jednym z najlepysz przeżyć. Fale tak potężne, że momentami czułem się jak na granicy przetrwania. 

Spotkanie takich surferów jak Koa Rothman, Jamie O’Brien czy Kai Lenny na spocie to dla miejscowych codzienność, ale dla mnie było czymś absolutnie surrealistycznym. Widzieć ich na wodzie, obserwować, jak z niesamowitą lekkością łapią fale, które dla mnie były granicą przetrwania – to było doświadczenie, które na długo zostanie w mojej pamięci. W pewnym momencie Nathan Florence, brat Johna Johna Florence’a przepłynął tuż obok mnie na surffoilu. To było dla mnie niesamowite wydarzenie. Ja walczyłem z przybojem, a on swobodnie unosił się nad wodą, bawiąc się falami, jakby to był jego plac zabaw. Ludzie, których wcześniej znałem tylko z filmów i internetu, nagle byli wokół mnie, dzieląc tę samą przestrzeń, te same fale.

Pamiętam, jak ten moment duck dive’a tuż przed nadchodzącą falą, z otwartymi oczami, kiedy widziałem, jak przechodzi nade mną. Trzeba było kontrolować każdy ruch, by nie zbliżyć się za bardzo do rafy, a ten widok fali mijającej mnie w ciszy tuż przed uderzeniem – to było coś magicznego. Oczywiście, złapałem też kilka fal, a każda z nich była jak spełnienie marzeń. 

Wieloryby, delfiny i niezapomniane momenty na wodzie

Hawaje to nie tylko fale i surfing – to również jedno z najbardziej żywych miejsc na świecie. W drodze na Molokai widzieliśmy mnóstwo wielorybów, ale to, co wydarzyło się później, zostanie ze mną na zawsze.

Podczas jednego z treningów na WingFoilu dwa wieloryby wyskoczyły tuż przede mną. Byłem tak blisko, że widziałem każdy detal ich skóry, każdą zmarszczkę i plamę. Przez chwilę zamarłem – ocean nagle stał się bardzo mały, a ja krzyczałem z emocji. Nie chciałem, ale adrenalina przejęła kontrolę. Dzieki temu udało mi się nagrać końcówkę , moment, gdy drugi wieloryb powoli zanurzał się z powrotem w wodzie.

A dookoła? Delfiny. Setki delfinów. To było coś niesamowitego – ocean tętniący życiem.

Kolejne dni to eksploracja dżungli, wspinaczki na ostre, zielone grzbiety górskie – jakby żywcem wyjęte z przygodowych filmów.

Ostatni dzień – surfing jak z marzeń

Przedostatniego dnia zorientowałem się, że większość moich przygód na Hawajach była daleka od typowych turystycznych doświadczeń. Wszystko, co robiłem, było związane z lokalnymi, trudno dostępnymi miejscami, ekstremalnymi przeżyciami i sportowym trybem życia. To było niesamowite, ale zabrakło mi jednego – poczucia bycia turystą.

Dlatego na zakończenie mojego pobytu postanowiłem zrobić coś naprawdę turystycznego. Cały dzień spędziłem na surfingu – ale tym razem nie na potężnych falach North Shore, gdzie czułem się jak na granicy przetrwania. Tym razem wybrałem Waikiki, gdzie fale były dużo łagodniejsze, ale za to idealne do zabawy i relaksu.

Surfowałem od rana do wieczora. Najpierw w klasycznym waikiki, gdzie fale byly Długie, czyste fale, które można było łapać z dziesiatkami innych surferow w tym samym momencie – tzw. party wave. Do tego żółwie, które nie tylko nie uciekały, ale same podpływały do ludzi.

W przerwie – szybki lunch w FoodlandziePoke bowl za 7-8 dolarów – klasyk dla lokalsów. Do tego fioletowy batat – tapioka w wersji hawajskiej, miękka, słodka, rozpływająca się w ustach.. Po krótkim odpoczynku przyszedł czas na ostatnią sesję na Diamond Head. Większe fale, bardziej wymagające, ale chciałem wycisnąć z tego dnia wszystko!!

Sześć godzin w wodzie, skóra spalona słońcem, ciało wykończone, ale serce pełne radości. W tamtym momencie czułem się spełniony. Tak kończy się podróż, której nigdy nie zapomnę.